Maluchem przez świat:
z Polski prawie
do Japonii w 52 dni
Jak wiadomo, podróże kształcą. A podróż maluchem z Milicza przez całą Polskę
i Rosję aż do Władywostoku to nie lada wyzwanie i wiele niepowtarzalnych wrażeń, którymi w rozmowie ze Sputnikiem podzielił się Rafał Kozłowski.
— Skąd wziął się pomysł takiej podróży? Czy długo się przygotowywaleś? Kto Ci towarzyszył w tej podróży?

— Skąd pomysł. Hmm. Rosja od dziecka była moim marzeniem. Zawsze chciałem tam pojechać. Początkowo ciężarówką, ale z moich okolic nikt na wschód nie jeździł. A pozostali chcieli kierowcy z doświadczeniem. I tak minęło 20 lat. Na zastanawianiu się, jak tam jest i co zrobić, żeby tam pojechać. I kupiłem Fiata 126p. Kupiłem i postawiłem w garażu. I tak stał rok. Kiedyś, wracając z Włoch, usłyszałem w PR P1 wywiad z podróżnikiem Romualdem Koperskim, który opowiadał o swoich podróżach po Rosji. I zapragnąłem Rosji. Postanowiłem, że pojadę maluchem.

Przygotowywałem się 2 lata. Rozebrałem i pomalowałem na nowo całe auto. Wyjęta skrzynia z silnikiem. Mały remont i kontrola całości.

W podróży nikt mi nie towarzyszył. Wyjechałem i jechałem sam do Władywostoku. W drodze powrotnej spotkałem na Olchonie Polaków. Ale to inna historia.

Polski maluch pod Kremlem
Sputnik:
Czy miałeś jakieś doświadczenia z rosyjską policją? Może był jakiś mandat czy kontrola?
Rafał Kozłowski:
Z policją miałem kontakt kilka razy. Pierwszy w Moskwie. Zatrzymałem się za Placem Czerwonym na przejściu dla pieszych, żeby zrobić kilka zdjęć. Nadjechali momentalnie. Ale jak zobaczyli napis Milicz Władywostok, to życzyli bezpiecznej drogi. A im dalej od Moskwy tym dziwniejsze pytania typu czy sam go zrobiłem, czy silnik z motoru, a czy to nie przerobione radzieckie ak.
Sputnik:
Czym się odżywiałeś podczas podróży? Może próbowałeś jakichś specjałów, które szczególnie zapadły Ci w pamięć?
Rafał Kozłowski:
Generalnie miałem dużo jedzenia swojego. Butle gazową, garnek, patelnie. Podstawowe napoje, jak kawa czy herbata, robiłem sam. Straszono mnie, że jedzenie w Rosji jest złe, stare itp. Ale ja z natury jestem optymistą i pomyślałem, że jeżeli Rosjanie to jedzą i żyją, to mi nic nie będzie. I tak było. W pamięci utkwiły mi pielmieni z rosołem w środku jedzone w Ułan-Ude z poznanym nad Bajkalem Bairem. Coś wspaniałego.
Sputnik:
Czy zdarzyły Ci się jakieś zabawne/niebezpieczne/ciekawe sytuacje podczas podróży?
Rafał Kozłowski:

Pomagałem kilka razy innym ludziom zmieniać koło w samochodzie. W nocy. Bałem się jak diabli, ale... trzeba pomóc. Po wszystkim spasiba i każdy w swoja stronę. Za Moskwą zatrzymał mnie przedstawiciel handlowy. Mówi, że on też chce podróżować. Ale.... dał mi ze trzy kg cukierków, które sprzedawał, bo mówi: Tobie trzeba.

Na Olchonie w drodze powrotnej do domu dogoniła mnie terenówka i trąbią. Myślę: Czego? Tablic nie widziałem. Zatrzymałem się. Oni wysiadają. Przedstawiamy się. Oni też Kozłowscy. Małżeństwo z Bochni (www.grupawschodu.pl). Później pojechaliśmy razem do Wierszyny, polskiej wsi na Syberii. Później wracaliśmy z małymi przerwami razem. Oni przodem szukali miejscówki w lesie i przez CB radio wołali mnie. I tak czas nie pod namiotami spędzaliśmy razem. W chwili obecnej są w podróży po Afryce. Jeszcze pół roku.
— Na pewno podczas podróży spotykałeś miejscowych? Jak się do Ciebie odnosili i jakie wywarli na Tobie wrażenie? Czy według Ciebie Rosjanie w różnych częściach Rosji, przez które przejeżdżałeś, różnią się od siebie?
Ludzie, widząc mój wehikuł, trąbili przyjaźnie i pokazywali kciuk. Miejscowi pytali, dlaczego Polacy nie lubią Rosjan. Więc tłumaczyłem, że to nieprawda. Tylko propaganda. Pojedynczy Polacy nie mają złego zdania o Rosjanach. Kolejne pytanie - dlaczego sam. Bez żony i dzieci. Że trzeba tu przyjeżdżać. Że Rosja jest dobra. Nie spotkałem się z żadnym aktem choćby minimalnej agresji wobec mnie. Uważam, że w całej Rosji ludzie są podobni. Do Polaków również. Na pewno bliżej nam do siebie niż do Niemców czy Anglików. W zasadzie to nie ma co porównywać. Może im dalej od Moskwy, ludzie byli bardziej otwarci. Ale takich w sumie tylko spotykałem.

Sputnik:
Proszę powiedzieć parę słów o samym środku transportu: jaki to rocznik, skąd się wziął, jaki ma przebieg? Czy były jakieś problemy z samochodem? Czy trzeba było wydać dużo pieniędzy na naprawy i paliwo? W jakim stanie teraz jest maluch?
Rafał Kozłowski:
Fiat 126p rok 2000, ostatni rok produkcji, przebieg coś koło 100000. Zobaczyłem go w ogłoszeniu w salonie Škody. Początkowo było dogadane, że biorę, ale po kilku dniach postanowili dołożyć mu pług i zrobić z niego odśnieżarkę. Na naprawy nie wydałem zbyt wiele, bo była tylko jedna awaria, 600 km od Władywostoku, w Bikinie. Ale młodzi chłopacy zaciągnęli mnie pod warsztat i w południe następnego dnia ruszyłem dalej.

Na paliwo... hmm... 25 000 km przy średnim spalaniu 5l/100 km. Ja nie liczyłem, ile to kosztowało. Nie chciałem. Przygotowywałem się trzy lata.

Maluchem miałem jechać w tym roku do Tadżykistanu. Ale z powodów osobistych musiałem zrezygnować. Koledzy pojechali śladami Gen. Bronisława Grąbczewskiego. Polskim Lublinem. I wrócili. A maluch jest sprawny. Mam nadzieję jeszcze trochę Europy i Azji nim zwiedzić. Może z synem.
Sputnik:
Czy cała akcja była finansowana z prywatnych środków, czy może byli jacyś sponsorzy?
Rafał Kozłowski:
Sponsorów nie miałem żadnych. Wszystko za swoje.
Sputnik:
Jakie masz plany na przyszłość, jeśli chodzi o podróże maluchem?
Rafał Kozłowski:
Plany są na dalsze wyprawy. Ale na to potrzeba pieniędzy i czasu. Może w przyszłym roku uda się w Pamir pojechać. Choć przyznam szczerze, że Rosja do wyprawy zupełnie mi wystarczy.
Made on
Tilda